Cześć Kochani!

W pierwszy lipcowy weekend zawitaliśmy z mężem do serca Pienin, czyli do Szczawnicy. To był krótki skok w bok od codzienności. Było warto. Zacznę od tego, że dawno nigdzie nie wyjechaliśmy tylko we dwójkę . Bieszczady były trochę za daleko, jak na tylko weekendowy wyjazd. Gdzieś na instagramie mignęło mi kilka relacji o Pieninach. Niezmiernie się cieszę, że właśnie to był nasz punkt docelowy. Jedyny żal mam do czasu, że płynął tak szybko!

Homole!

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Wąwozu Homole. Szczęśliwie wejście do wąwozu znajdowało się niecały kilometr od naszego hotelu. Ciekawe jest też to, że na ten weekend zapowiadali brzydką pogodę. Nie trafna prognoza, było ciepło i słonecznie. Do brzegu. Homole zachwycają od samego początku. Szumiące strumyki, kamienie i ściany skalne. Zawsze miałam słabość do ścian skalnych. Już w Ojcowie zakochałam się w takich krajobrazach. Fajne jest też to, że szlak nie jest zbyt wymagający. Każdy człowiek o dwóch sprawnych nogach powinien sobie poradzić. Nie byłabym jednak sobą, gdybym Wam nie opowiedziała o pewnej zabawnej anegdocie. Otóż w drodze powrotnej napotkaliśmy parę około sześćdziesiątki i parę koło trzydziestki. Ci młodsi siedzieli na poboczu, warto dodać, że mieli trochę nadprogramowych kilogramów i byli ubrani dosyć elegancko. Byli również mocno zmęczeni. Jeśli chodzi o starszą parę, elegancka Pani zapytała: czy daleko jeszcze? Mój Mąż odpowiedział zgodnie z prawdą, że są w połowie drogi. Na to babeczka stwierdziła, że nie ma opcji, wracają się. Zaczęłam ją przekonywać do zmiany zdania, że jest naprawdę warto. I tutaj będzie punkt kulminacyjny:

Babeczka: Ale tu jest wszędzie pod górę!

….(Poważnie?)

Rozgadana: W końcu jest Pani w górach.

Kurtyna. Oklaski. Pieniny zamarły, ptaki odleciały.

Wracając jednak do pięknych Pienin i Szczawnicy. Jakież urokliwe jest to uzdrowisko. Można się po nim przechadzać bez końca. Można się w nim napić pysznej kawy, co istotne w wielu miejscach. Zjeść też można. Na przykład w Bohemie – świetne placki po szczawnicku!

I tutaj miejsce na kolejną anegdotę. Poprosiłam w Bohemie o lokalne piwo. I dostałam Piwo Zdrojowe. Szkoda, że produkowane przez Browar Zamkowy Cieszyn, w którego okolicach mieszkam :). No cóż, przynajmniej było smaczne!

Lokalne?



Niespodzianka! Browar Zamkowy Cieszyn!

Nauczyłam się też, że nie da się jeść świeżych gofrów z bitą śmietaną i jagodami elegancko. Po prostu się nie da.

A taki byłeś piękny.
Ania robisz to źle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *